Wywiad z mgr Danutą Kwaśnik-założycielką i dyrektorką „Słonecznej Krainy”.

danuta_kwasnik_przedszkole_radom

-Co Panią skłoniło do podjęcia tak odważnej i poważnej decyzji? Założyła Pani w 2008r. drugie niepubliczne przedszkole w Radomiu i jedno z nielicznych wówczas w promieniu kilkudziesięciu kilometrów? Nie było nawet na kim się wzorować. Był to skok na głębokie wody!

-Im dłużej byłam zatrudniona w instytucjach publicznych, tym bardziej czułam potrzebę, by pracować z dziećmi poza sztywnymi ramami programów nauczania. Rozumiałam, że mogę i powinnam- tym co proponuję- wzbudzać w nich entuzjazm, zaciekawienie, radość. Marzyła mi się kreatywność pedagoga, której nie tłumi rzeczywistość szkolna- nierzadko sformalizowana, skostniała, oporna na nowości i powiew świeżości. Chciałam tego, choć nie wiedziałam, jak to zrobić, żeby się udało. I żeby nikt swoją niechęcią nie podcinał mi skrzydeł. Bo przecież bezpieczniej, gdy jest… jak jest. Takim poligonem doświadczalnym wówczas- gdzie mogłam poeksperymentować- był samorząd uczniowski. Okazało się, że dzieci motywowane są aktywne, kreatywne, chętne. Podejmowaliśmy różne inicjatywy. Organizowaliśmy zabawy, konkursy, wycieczki. Były też poważne przedsięwzięcia. I na takie projekty otrzymywaliśmy granty. To dopiero była weryfikacja naszej pomysłowości! Nie da się opisać radości, kiedy wygrywaliśmy kolejne konkursy. Z moimi kilkunastoletnimi podopiecznymi jeździliśmy na „poważne”, „dorosłe” -nawet kilkudniowe -szkolenia np. do Centrum Szkoleniowo Konferencyjego Ministerstwa Gospodarki w Konstancinie.
I takie sukcesy, i takie doświadczenia budowały we mnie pewność siebie. I dawały odwagę, by od początku do końca wziąć odpowiedzialność za swoje pomysły i decyzje. By skorzystać z potencjału, który mam, Wówczas podjęłam decyzję, że założę własną placówkę edukacyjną. Byłam tylko ograniczona finansowo. Pieniądze, które miałam, pozwoliły utworzyć kameralne przedszkole dla 25 dzieci.
Prawdą jest, że nie było się na kim wzorować. Były inne realia prawne, niewielkie możliwości pozyskiwania unijnych pieniędzy. Determinacja była mimo wszystko. I przekonanie, że warto, że się uda, że ma sens. Przygotowywałam się do działań cały rok. Konsekwentnie. Aż przedszkole marzeń stało się faktem. Dziś to już są przedszkola i żłobki.

-Co było najtrudniejszym wyzwaniem? Jak to Pani ocenia z perspektywy czasu? Czy czuła Pani wsparcie instytucji, bez których nie mógłby zmaterializować się Pani pomysł?

-Najtrudniej było pogodzić życie rodzinne z zawodowym. W tym czasie bardzo absorbującym czasowo. Na początku- zanim otworzyłam przedszkole- dojeżdżałam do pracy 80 km, po pracy urządzałam przedszkole i wychowywałam synów jednocześnie. Często „zdalnie”, metodą zaleceń i wzajemnego zaufania. Bo dużo czasu spędzałam poza domem. Chłopcy dojrzewali ekspresowo do odpowiedzialności. Dużo się nauczyli- także i tego, że trzeba samemu się starać i nie można się mamą wysługiwać. Zakupem, który sprawił im najwięcej radości, była ..zmywarka. Odpadł im obowiązek zmywania naczyń. A ja byłam pochłonięta logistyczną rzeczywistością, załatwianiem formalności, uzyskiwaniem zgód. Prowadziłam rozmowy w urzędzie miejskim. Prosiłam o wskazanie lokalu. Bez rezultatów. Nikt mi nie przeszkadzał, ale też nikt nie pomagał. Tak jest do dzisiaj. Ale teraz ta obojętność urzędników mnie nie już nie zadziwia. I nie buduję strategii działań na ich życzliwości, Wtedy myślałam, że jak robię coś pożytecznego- dla miasta także- to mogę liczyć na wsparcie samorządu. Ba, mam nawet prawo tego oczekiwać. Nic bardziej mylnego. Sama przecierałam ścieżki prawne, administracyjne, Skutecznie przez to przebrnęłam, bo późniejsze kontakty z UM i wizyty w przedszkolu Kuratorium Oświaty utwierdziły mnie w przekonaniu, że wszystko zostało zrobione należycie. A przedszkole ( potem kolejne) funkcjonuje na najwyższym poziomie.

-Na frekwencję Pani nie narzeka? To dość wymowny sygnał tego, jak widzą „ Słoneczną Krainę” inni. Rodzice nie podejmują takich decyzji pochopnie.

-Fakt. Zanim ruszy nabór do publicznych przedszkoli- zwykle w kwietniu- u nas jest już komplet. Do września dokonują się tylko drobne zmiany. Rodzice zapisują dzieci do „Słonecznej Krainy” z rocznym, a niekiedy nawet z dwuletnim wyprzedzeniem. To jest dla nas ogromna satysfakcja. A to tym bardziej dopinguje, by nie obniżać lotów. Mamy najlepszą z możliwych reklamę- czyli zadowolonych rodziców, że o ich pociechach nie wspomnę. Powiem nieskromnie, że powoli „odcinamy kupony” od standardów pracy, To jest efekt codziennej pracy, którą lubimy, wykonujemy z pasją, i do której jesteśmy należycie przygotowani.

-Czego życzyć „Słonecznej Krainie”. I to jest też pytanie o najbliższe plany?

-Niezmiennie tego samego; uśmiechniętych, szczęśliwych, ciekawych świata przedszkolaków. I wrażliwych, otwartych, twórczych, spełnionych i gotowych na zmiany nauczycielek. A mnie samej -kontaktu z kompetentnymi urzędnikami, którym chce się chcieć. I proszę też życzyć nam, by najmłodsze „dzieci Słonecznej krainy- żłobki też były radosną oazą do pogodnego wzrastania dla maluchów. To nowa jakość, do której też jesteśmy solidnie przygotowani,. Otwieramy dwie takie placówki. A w dalszej perspektywie….. no cóż, pomysły ujawniam, gdy już mają się sprawczą. Nie są planami, a konkretami. I niech to będzie zapowiedź tego, że nadal mam ( mamy wraz zespołem) apetyt na nowe wyzwania.

Dziękuję za rozmowę.